Home MOJE WYPIĘTRZONE MARZENIAEUROPA Corno Grande – Apeniny, góry w środku włoskiego buta

Corno Grande – Apeniny, góry w środku włoskiego buta

dodał damian
0 komentarz

nazwa: Corno Grande (Monto Corne)
lokalizacja: Włochy, Apeniny
wysokość: 2912 m n.p.m.
wybitność: 2476 m
pierwsze wejście: 1573 Franciszek De Marchi, Giovampietro Di Giulio, Simon Di Giulio, Francesco Di Domenico
uwagi: 6 miejsce na liście MDW w Europie (Ultra-prominent peak)
data wejścia: kwiecień 2018

Gran Sasso d’Italia – Apeniny

Początkowo, za cel wiosennego wyjazdu obraliśmy północą Hiszpanię i Pireneje, z Pico de Aneto jako gwóźdź programu. W końcu jednak stwierdziliśmy, że jeżeli wybieramy się na około tygodniową wycieczkę samochodem, to jedziemy do Włoch, z planem wejścia na Corno Grande. Góra jest raczej mało popularna w Polsce – być może ze względu na wysokość (nie przekracza 3000 m n.p.m.), a i logistyka do najprostszych nie należy (znacznie bliżej są chociażby Alpy). Jednak w mojej Gumisiowej Koronie, nie mogłoby zabraknąć najwyższego szczytu pasma Gran Sasso d’Italia: Corno Grande, to 6-ty MDW Europy. Jadąc na miejsce przejeżdżamy przez Dolomity, co by wzmóc apetyt górski oraz „zdobywamy” Monte Titano w San Marino. Oczywiście będąc w królestwie glutenu, w ramach przygotowań, codziennie wieczorem zjadam pizzę, aby w drodze na „wielki róg”, bo to dosłownie oznacza Corno Grande, moc mnie przypadkiem nie opuściła.

 

Gran Sasso szlaki

Wybierając się na najwyższy szczyt Apeninów, znałem jego wysokość oraz wybitność, przeczytałem kilka relacji w Internecie z wejścia, wiedziałem, że istnieją 3 trasy wspinaczki: „normalna”, direttissima i via ferrata, oraz że zobaczę, gdzie przetrzymywano Benito Mussoliniego. Zaopatrzyłem się nawet w mapę – taka prawdziwą. 😉 Jadę samochodem, więc zabieram wszystko, co może mi się przydać – rezygnuję jedynie z automatów na rzecz raków koszykowych i lżejszych butów. W końcu jest prawie kwiecień, a to są jednak środkowe Włochy…

 

Corno Grande nocleg

Na bazę wypadową wybieramy „hotel narciarski”: Fiordigigli Hotel 3-gwiazdkowy Bardziej z przymusu, niż dobrowolnie, bo na miejscu okazuje się, że nie dojedziemy bezpośrednio do Campo di Imeratore. Z tego, co przeczytałem przed podróżą, Campo to świetne miejsce startowe na szczyt, śniegu jednak jest jeszcze całkiem sporo – zimą drogi nie odśnieżano, a sezon narciarski trwa w najlepsze. Nie ukrywam, jestem lekko zaskoczony. I tak oto „koszmarek”, który ktoś nazwał hotelem i kazał płacić 45  Euro za pokój wielkości schowka na szczotki, staje się moją bazą wypadową.

Kolej linowa na Campo Imperatore

2 kwietnia, w drugi dzień Świąt Wielkiej Nocy, staję wraz z kilkudziesięcioma (?!?!) innymi towarzyszami przed okienkiem kasy, celem nabycia biletu na kolejkę, która miała mnie wtargać do Campo di Imeratore. Pytanie: dlaczego tyle osób tłoczy się w kolejce już przed dziewiąta rano? Rozglądam się wokół, nie widzę jednak nikogo bez nart czy snowboardu, myślę – super, będzie pusto. Kupuję upragniony bilet. Na szczęści kasa fiskalna wskazuje ile mam zapłacić, bo pani z okienka nie mówić w inny język niż włoski, a ja umieć liczyć do 3 po włosku… Człapię w kierunku stacji, aby zająć dogodne miejsce w wagoniku i już planuję, że ustawię się przy szybie i zrobię parę fotek po drodze do górnej stacji tak samo, jak w wagoniku na Kasprowy. Na początku jestem lekko zdziwiony ściskiem, staram się gdzieś „schować” plecak, aby nikomu nie zrobić krzywdy moim żelastwem. Jednak po upływie kilku minut już wiem, że tłoczno sprzed chwili to był komfort – facet z obsługi dosłownie dopycha ludzi nartą, żeby zamknąć drzwi. To jest jakiś żart! Zaskoczenia chyba nie będzie, jeśli napiszę, że zdjęć nie zrobiłem. Nie wiedziałem nawet, jak zmienić pozycję ciała, nie naruszając przy tym kilkorga innych osób wokół mnie. Przy każdym przęśle następowało charakterystyczne szarpnięcie wagonika. Przy górnej stacji, gdy otworzyły się drzwi wagonika, dosłownie wypadliśmy na zewnątrz. Jestem na Campo Imperatore

 

Campo imperatore włoski Mały Tybet”

Campo Imperatore czyli malowniczy płaskowyż u stóp Corno Grande, ze względu na bliskość Rzymu jest tutaj usytuowany bardzo popularny ośrodek narciarskim i do tego jednym z najstarszych alpejskich ośrodków narciarskich we Włoszech. Hotel który możecie zobaczyć na jednym ze zdjęć był więzieniem dla dyktatora Benito Mussoliniego (kilka miesięcy w 1943 r.)

W ramach innych ciekawostek, okoliczne plenery stanowiły tło dla kilkudziesięciu produkcji filmowych (Amerykanin (2010), Imię Róży (1986), Czerwona Sonia (1985), Zaklęta w sokoła (1985), Krull (1983). Na Campo usytuowane jest również obserwatorium astronomiczneCampo Imperatore Near-Earth Object Survey. 

Na Campo śniegu jest naprawdę dużo i sezon narciarski trwa w najlepsze. Czas się ogarnąć, zakładam raki i reguluję długość kijów trekkingowych (okazuje się, że nie jestem dzisiaj jedynym pretendentem do zdobycia Corno Grande). Za cholerę nie mogę wyregulować raka i tak oto startuję ostatni za kilkoma małymi zespołami, które dziarsko ruszyły po zalodzonym stoku w górę.

Corno grande trekking czas zacząć

Gdy przemieszczam się w górę, słońce miło ogrzewa mi plecy. Szybko nabieram wysokości, by przed dojściem do grzbietu, wyprzedzić kilka osób. Idzie się świetnie, śnieg jest mocno zmrożony – nie zapadam się. Na grzbiecie zdejmuję raki, a w tym samym czasie zagaduje mnie miejscowy, niestety po włosku. Nie wiele rozumiem jednak pytam, którą drogę wybrać. Chyba doradza mi diretkę, bo normalną śmigają skialpiniści.

Idę założonym śladem za młodą parą. Za mną podąża jeden zespół czwórkowy, pojedynczy gość i kolejna para. Wszystkie zespoły, poza mną i drugim samotnikiem, są na diretce spięci liną. Śnieg świetnie trzyma, słońce coraz mocniej operuje. Czuję, że balsam do opalania, który zostawiłem w hotelu, bardzo by się teraz przydał.

Szczyt Corno Grande

W całkiem dobrym czasie osiągam szczyt. A właściwie to my osiągamy – ja i pozostali „zdobywcy”. Wkrótce po nas pojawiają się jeszcze skialpiniści i dwójka, która podchodziła via ferattą – jest tłoczno. Podobno latem ustawiają się nawet kolejki do zrobienia zdjęcia z krzyżem. Dzisiaj, na szczęście, aż tak źle nie jest. Robimy sobie fotki, wymieniamy się pozdrowieniami i uśmiechami. Nareszcie narciarze przygotowują do zjazdu, a pierwsze zespoły zaczynają schodzić. Siedzę i czekam. Chcę zostać sam. W końcu robi się całkiem cicho. Nie ma nikogo, oprócz mnie. Delektuję się tą chwilą. Nie trwa to jednak długo – coraz bardziej odczuwam poparzenia słoneczne, a poza tym muszę zdążyć na ostatni wagonik kolejki. Krótko cieszyłem się samotnością.

Najpierw doganiam, a następnie wyprzedzam 3-4 osoby. Bycie na końcu miało spore plusy – nikt nie strącał zmrożonego śniegu na kask. Ubieram kaptur – za dużo orzeźwiającego śniegu wpada pod kurtkę. Robi się coraz bardziej stromo, schodzę twarzą do zbocza, co znacząco mnie spowalnia i w tym momencie dogania mnie, jedyny poza mną, turysta idący „solo”. Ma zdecydowanie więcej luzu, niż ja. Idzie obok mnie, „normalnie” dupą do zbocza, przez cały ten czas coś mówi – oczywiście po włosku. Początkowo miło się uśmiecham i też gadam do niego, po polsku – to bez znaczenia. Moje koszykowe raki nie mają antysnow’ów i śnieg przylepia się do nich co chwilę. ostukuję je czekanem, co dodatkowo mnie spowalnia i trochę męczy. Dodam tylko, że mój kolega nie odpuszcza i wciąż do mnie mówi – kilka razy powtarza coś o moich rakach, z tego co rozumiem, dziwi się, dlaczego nie mam antysnow’ów. Skupiony, schodzę w dół, nawet już mu nie odpowiadam. Szczerze, to jego ględzenie wkurza mnie bardziej, niż lepiący się śnieg.

Dupozjazd mimo woli

W pewnym momencie zrobiło się cicho. Pierwsza myśl: w końcu! Odwracam się – Włoch zjechał kilkadziesiąt metrów w dół. Przyspieszam zejście, kilka osób z dołu też zaczyna do niego podchodzić, aby sprawdzić co z nim, bo się nie rusza. W końcu, widzę, że się podnosi – chyba jest O.K., drze się do mnie – zgubił czekan podczas zjazdu. Szukam jego dziabki, leży kilkanaście metrów od miejsca, skąd zjechał. Gdy do niego dochodzę i oddaję czekan, znów zaczyna gadać, za dużo gadać – czyli wszystko w normie. Schodzimy w dół, mam go dosyć, ale na wszelki wypadek idę z nim – kawałek przejechał, trochę się potłukł i morale znacząco spadło…

Zejście dało mi mocno we znaki. Zatrzymuję się, żeby zjeść żel i pogapić się wokół. Pogoda i krajobraz zachwycają. Włoch maszeruje dalej, nie ukrywam, cieszy mnie to bardzo bo jest cicho. Nie chce się mi się iść… Może by tak chwilę poleżeć? Tylko ten ostatni wagonik w dół pewnie na mnie nie zaczeka.

Corno Grande Campo Imperatore

 

Dobra, podnoszę tyłek, idę grzbietem – po lewej Campo, po prawej nie wiem, ale też ładnie. Cieszę się jak dziecko, chociaż twarz coraz mocniej piecze – może zagram w kolejnej części przygód Freddiego Kruegera?

Do Campo dochodzę na kilkanaście minut przed odjazdem ostatniego wagonika, spokojnie mogę się ogarnąć i spakować wszystko, co się da, do plecaka – obawiam się, że znowu będą nas upychać nartą…

O dziwo w wagoniku jest luźniej, można by rzec komfortowo. Przed hotelem Aga wita mnie pytaniem, czy wiem jak wygląda moja twarz, czyli nie ukryję że zapomniałem kremu do opalania…

Wieczorem pizza i maść na twarz… gdzieś w necie przeczytałem, że Diretka wyceniana jest na ok. II+. Nie wiem, nie znam się, jest piękna. (…)

 

“Jesteśmy urzeczeni odwagą. Odwaga to idea, a człowiek uwielbia idee. Dlatego wyrzeknie się łatwo drobnych codziennych wygód, odda wszystko i wszystko zaryzykuje by idee przekształcić w rzeczywistość.”

Ralph Waldo Emerson

podobne wpisy

Dodaj komentarz