Home PODRÓŻE Mehamn – tam gdzie słońce nie zachodzi Nordkinn #1

Mehamn – tam gdzie słońce nie zachodzi Nordkinn #1

dodał damian
4 komentarze

Plany były górskie, warto jednak być elastycznym i tym odpuściłem sobie Kebnekaise i Haltiatunturi na rzecz najdalej na północ wysuniętego kawałka Europy. Zakładam że gdy zapytasz kogoś o najdalej na północ wysunięty kraniec Europy, padnie odpowiedź: Nordkapp – a to nieprawda. Prawidłowa odpowiedź to prawie nieznany przylądek Nordkinn  i to on jest bohaterem tej historii i to na jego rzecz w tym roku odpuściłem sobie najwyższe szczyty Szwecji i Finlandii.

Koło podbiegunowe przekroczyliśmy oficjalnie w wiosce Świętego Mikołaja – tutaj wciąż królują borealne lasy iglaste jednak im dalej na północ tym drzewa staja się coraz mniej liczne i bardziej karłowate, ustępując na rzecz „krzaków” (tundra krzewinkowa) a dalej mchom i porostom (tundra mszysto-porostowa). Uwielbiam las ale tym razem to to krajobraz mszano-porostowy skradł moje serce 🙂

Mehamn to nie tylko drzwi przesuwne w IKEI

Im dalej posuwaliśmy się na północ tym bardziej kiełkowała we mnie chęć odbycia chociaż krótkiego 2-3 godzinnego trekkingu przed siebie w przestrzeń – Nordkinn wydawał się idealnym pomysłem – na mapie wyglądał zachęcająco. Szybki przegląd Internetu, nie za wiele informacji – stwierdziłem że więcej dowiem się na miejscu. Docieramy do Mehamn – miasteczka na końcu świata, które ma swoje lotnisko i przylatują tutaj samoloty – więc nie jest aż takim zadupiem. Co więcej lotnisko w Mehamn jest jednym z największych lotnisk w północnej Norwegii, z informacji znalezionych w Internecie obsługuję ruch wewnątrzkrajowy. Kod lotniska IATA: MEH

W Mehamn znajdujemy nocleg – pierwszy raz na tym wyjeździe śpimy w hotelu. Hotel jest jednocześnie muzeum św. Mikołaja. Właściciel z rozbrajającą szczerością mówi że Nordkinn jest bardzo daleko i nie był tam nigdy pieszo – ale często bywa w okolicy łódką. Jest jak na Norwega (tak, mam w głowie obraz stereotypowego Norwega) gadatliwy i stwierdza że jak już przyjechałem z tej Polski taki szmat drogi to postara się coś jakoś pomóc. Po krótkiej chwili wraca do nas ze szczegółową mapą całego półwyspu i kopią tejże mapy dla mnie. Informuję mnie że szlak rozpoczyna się na parkingu koło lotniska i początkowo prowadzi wzdłuż jego ogrodzenia, całość trasy w obie strony to ok. 50 kilometrów, czyli jak mówił bardzo dużo.

Rozkładamy nasz majdan w hotelowym pokoiku, chcę się spakować na dzisiejszy trek i sprawdzić jak nasz dobytek. Zapomniałem wspomnieć że nasz hotel, to jakieś dawny budynek portowy stojący na grubych drewnianych i betonowych słupach, obecnie przystosowany na potrzeby hotelu i baru. Morze leniwie chlupocze pod naszymi stopami.

Białe noce – przepis na bezsenność

Z racji trwającego dnia polarnego – mój organizm nie jest w stanie się przestawić, tym samym od wyjazdu z Polski śpię ok. 4 -5 godzin dziennie – wciąż bombardowany światłem słonecznym i sygnałem: nie spać, zwiedzać… Wiedziałem że i tak nie będę spał za dużo, postanawiam trasę zrobić w „nocy”. Wyruszam ok. 19:00 na parking przy lotnisku. Wszystko się zgadza jest ścieżka wzdłuż ogrodzenia, są tablice informacyjne. Kręci się jakiś chłopak – pracownik lotniska – zagaduje czy mogę tutaj zostawić samochód i czy może wie coś na temat szlaku na Nordkinn. Oczywiście że mogę zostawić samochód i oczywiście że nigdy nie był na Nordkinie – bo to daleko 🙂 i jest BARDZO zdziwiony dlaczego nie mam namiotu?

Ruszam wzdłuż ogrodzenia, potem w górę wydeptana ścieżką – gdzieniegdzie widać nawet paćki T – taki jakby szlak. Trochę się zastanawiam o co mu chodziło z namiotem – jestem pewny że dobrze zrozumiem i mówił o namiocie a nie o czymś innym.

Po drodze spotykam małomównego i raczej niechętnego do konwersacji pana z psem, który na pytanie o Nordkinn patrzy na mnie jak na kosmitę i macha ręką, że to tam ale bardzo daleko i szybko znika za górką (ten chociaż potwierdził mój stereotyp Norwega).

Lodowata woda, bose stopy i śliskie kamienie

W międzyczasie idąc jak mi się wydaje w kierunku Nordkinn trochę gubię trochę odnajduje szlak – jakiś szlak. Droga przecina w poprzek małe wzniesienia i dolinki w których płynie mały a czasami większy strumyk. Gdzieniegdzie tworzą się większe kałużę, małe jeziorka. Po drodze jeden z większych strumyków zmusza do zdjęcia butów i przejścia boso w „rześkiej” wodzie która bierze swój początek spod lodoszreniu kilkaset metrów powyżej. Kije trekkingowe po raz kolejny okazują się nieocenionym wsparciem. Lodowata woda, bose stopy i śliskie kamienie – o wywrotkę bardzo łatwo. Nie było tak źle – ubieram buty i ruszam dalej. Jestem pełen energii, co chwilę wpadam na renifery, słońce przyjemnie grzeje – trzeba tylko uważać aby nie przemoczyć butów na podmokłych łąkach.

Kolejny duży strumień – nie chce mi się zdejmować butów, postanawiam znaleźć węższe miejsce gdzie przeskoczę, ewentualnie strumyk szerzej się rozleje i przejdę bez zdejmowania butów. Z tą myślą do szedłem do miejsca gdzie rzeczka wpadała do Morza Barentsa między dwoma sporymi głazami – mam swoje miejsce gdzie mogę próbować przeskoczyć – zirytowany biorę mały rozpęd i przeskakuję na drugą stronę. Noty za lądowanie nie byłyby zbyt wysokie – głupi pomysł z tym skokiem, gdybym skręcił kostkę czy coś bardziej poważnego ciekawe jakbym wrócił – poziom rozsądku adekwatny do wielkości zasięgu GSM w tym miejscu.

Za szybko, za blisko

Idę szybko w górę aby zobaczyć gdzie jestem – obiecuje sobie że następnym razem zdejmuje buty i nie kombinuje z przeskakiwaniem bo ni jak się to mi nie kalkuluje.

Dochodzę do jakiejś ścieżki, pojawiają się nawet znajome paćki T – zadowolony, w dobrym tempie dochodzę do miejsca z którego widzę prawdopodobny koniec mojej dzisiejszej wędrówki. Super! Ale za szybko, za mało kilometrów na zegarku i dalej na horyzoncie widzę ląd bardziej wdzierający się w morze, ale jestem przecież na szlaku. Oznakowanie takie samo jak przy lotnisku, może zrobiłem jakiś super skrót – staram sam siebie oszukać. Docieram prawie do końca przylądka, przede mną kilkunastu metrowa stroma przełęcz – po drugiej stronie klif ostro opadający w morze. Schodzę w dół – materiał skalny luźny, zjeżdżam ostatnie kilka metrów na tyłku. Pocieszam się że tędy prowadzi ścieżka, musi być jakaś ścieżka! Wdrapuje się na klif, nie widzę żadnej ścieżki, przypominam sobie o mapie, wyciągam ją rozglądam się wokół, słońce góruje nade mną – jest ok. 23 – dobry czas aby się przyznać przed samym sobą że pomyliłem przylądki i nie ma tutaj żadnej ścieżki w kierunku Norkinn. Wracam przez głębokie wcięcie gdzie przed chwilą zjechałem z rumoszem na tyłku. Wejście nie jest łatwiejsze, osypujące się kamienie kilkukrotnie sprowadzają mnie na miejsce startu – zostanę uwięziony na jakimś norweskim przylądku. Ostatecznie wdrapuję się na górę, wydreptuję z butów całe mnóstwo ostrego żwiru i co widzę? Tuż przed zejściem w to cholerne wcięcie leży tabliczka z informacją: „Danger! No entry”

Jak za dotknięciem magicznej różczki, dobry nastrój i siły fizyczne zniknęły – poczułem się bardzo zmęczony i zniechęcony. Dzisiaj nie zrobię tej trasy i dojście na Nordkinn staje się poza zasięgiem. Z mapy wynikało że dołożyłbym sobie dodatkowe kilkanaście kilometrów – nie miałem na to dzisiaj już ochoty – „serce” zdecydowało szybciej niż głowa – wracam do hotelu. Aby nie powtarzać przygód ze skakaniem przez potok, planuję wracać po szerszym łuku. Droga mija szybko, jestem zły! Na osłodę mnóstwo reniferów.

Słońce w środku nocy i postapo

Przy samochodzie melduję się ok. 2 nad ranem, zegarek pokazuję że zrobiłem 22 km, chociaż najwyższy punkt na wycieczce ledwo przekroczył 170 m n.p.n. a lotnisko leży na wysokości 12 m n.p.m. to suma podejść osiągnęła prawie 700 metrów.

 

Wracam przez puste miasteczko, niesamowity klimat: słońce wysoko na niebie, termometr wskazuje 13*C ani żywego ducha, tylko lis wygrzebuje frykasy z kontenera na śmieci. Idealna sceneria postapo.

W hoteliku prysznic, szejk białkowy, Aga sugeruję że może zostaniemy jeszcze jeden dzień – pełen nadziei i obaw zasypiam. W zeszycie zapisuje: gdy odkryłem ze to nie ten przylądek, z miejsca opadałem z sił, nawet mi się zakwasy od razu zrobiły 😉 głowa rządzi!

c.d.n.

 

podobne wpisy

4 komentarze

Karolina 29 kwietnia 2020 - 21:29

cześć, czy mogę gdzieś znaleźć zapis twojej trasy. Czytałam że oba artykuły i wiem że padł ci zegarek drugiego dnia ale zrozumiałam ze masz cały zapis w jedną stronę. Bardzo mi się podoba pomysł na Nordkinn. Bedę częściej zaglądać do ciebie – góry mnie aż tak nie kręcą ale to jest mega trasa. jeżeli byłeś gdzieś w podobnym miejscu to chętnie przeczytam, pozdrawiam

Odpowiedz
damian 30 kwietnia 2020 - 14:17

Hej, dziękuję za komentarz. Mam zapis “śladu”GPS – podeślę Ci w mailu link (na adres który podałaś przy komentarzu). Jeżeli masz jakieś jeszcze pytań – pisz śmiało 🙂 Nie przychodzi mi do głowy na szybko jakaś inna “niegórska” trasa ale może coś mi wpadnie i napiszę. Pozdrawiam dG

Odpowiedz
Marcin 1 maja 2020 - 17:05

Hej. Planuję także trekking na Nordkinn. Dokładny przebieg szlaku znalazłem w aplikacji Maps Me. Mam pytanie czy po dojściu na sam kraniec półwyspu jest możliwe zejście na dół, na skały przy morzu? Bo chyba w rzeczywistości ten najbardziej wysunięty punkt jest właśnie tam na dole? Pozdrawiam

Odpowiedz
damian 6 maja 2020 - 14:34

hej,
jest możliwość zejścia na skały na dole – tylko proponuje nie bezpośrednio z samego końca trasy, bo tam zejście klifem może być bardzo ryzykowne. Najłatwiej będzie dostać się na brzeg, schodząc z przełęczy (przed ostatnim podejściem) o której wspominam w opisie. Następnie wzdłuż brzegu dostać się na kraniec przylądka. Trasa “oficjalnie” kończy się jednak u góry – ja odpuściłem dojście na brzeg, chociaż początkowo szukałem miejsca aby zejść klifem ale nie wyszło 🙂 Jeżeli będziesz miął jakieś pytania – zapraszam, Pozdrawiam dG
PS. przepraszam że tak późno odpisałem – majówka trochę mi się przeciągnęła.

Odpowiedz

Dodaj komentarz