Home PODRÓŻEEUROPA Rumunia samochodem – Karpaty Południowe

Rumunia samochodem – Karpaty Południowe

dodał damian
0 komentarz

Magia czekania, czyli zamiast w góry ruszamy w podróż po Rumunii

Rumuńskie Karpaty – na liście celów do zdobycia od dawna. Wielkie marzenie, ciągle spychane na tył głowy. Jeszcze nie teraz. Na realizację przyjdzie odpowiedni moment. Ale kiedy jeśli nie dziś? Czy może być bardziej właściwy czas? Dlaczego dłużej zwlekać? Przecież, mimo upływu czasu, moje chęci wcale nie zmalały – wręcz przeciwnie. W wyobraźni stworzyłem osobisty obraz tych niezwykłych gór. Powracał do mnie coraz częściej i częściej. Nie dawał o sobie zapomnieć. Myśl o wyprawie na dobre zagnieździła się w mojej głowie i rozrastała do coraz większych rozmiarów. Na początku – a było to lata temu – zaczęła pomału zapuszczać korzenie, by następnie, wraz z upływem czasu, stopniowo oblepiać swoimi pnączami kolejne szare komórki, po czym nadawać im przedziwnych, różnorodnych kolorów. W końcu w umyśle pulsowała już cała feeria barw na samo wspomnienie o podróży.

Wycieczka w Rumuńskie Karpaty

Na pomysł o wyprawie w rumuńskie Karpaty wpadłem jeszcze w czasach licealnych. To właśnie wtedy zaczął kiełkować, do czego zresztą przyczyniło się towarzystwo z PTT (Polskie Towarzystwo Tatrzańskie) oddział Nowy Sącz, które w ówczesnym czasie jeździło, w te piękne góry, co roku. Jako mieszkaniec Łabowej też do niego należałem. Niestety, biednego nastolatka nie było stać na dosyć kosztowny, wtedy, dla mnie wypad. I w ten oto sposób, rumuńskie Karpaty stały się moim ówczesnym nieosiągalnym marzeniem. 😉 Tymczasem opowieści kolegów z kolejnych wypraw nakręcały coraz bardziej. Pamiętam do dziś, jaki byłem podekscytowany, gdy wracali – mogłem ich słuchać godzinami. Gdzieś w głębi duszy wierzyłem, że pewnego dnia i moje stopy będą przemierzać tamtejsze ziemie. 🙂 Zakodowałem sobie, że są dzikie, niedostępne, puste. Słowem – magiczne. Właśnie tak lubiłem je sobie wyobrażać.

Pierwszy raz w Rumunii

Pierwszy raz upragnione góry zobaczyłem w 2009 roku, na wycieczce objazdowo-samochodowej. Na tę zwariowaną eskapadę udaliśmy się całą naszą ekipą, czyli ja i Aga oraz Sebastian z Jolą. Niezapomniany trip przez Rumunię i Bułgarię. Tyle fajnych przeżyć i beztroskich momentów, a to co z tamtego czasu pozostało to worek wspomnień, do którego wracam często i z rozrzewnieniem, i który z ochotą przed Wami otwieram, żebyście i Wy mogli trochę poczuć ówczesny klimat naszej podróży. Dzisiaj tylko Rumunia – na Bułgarię przyjdzie czas we wpisie o wejściu na Musale. Zatem zaczynajmy.

Pierwsze wspomnienie, jakie przychodzi mi na myśl, to nasz przejazd przez całą trasę Transfogarską – już w tamtym momencie mogłem przekonać się na własnej skórze, że wcale nie jest tam tak pusto i bezludnie, jak sobie wyobrażałem. Moje wrażenie z tamtych dni (zresztą aktualne po dzień dzisiejszy ;-)) – kurczę trochę jak na Krupówkach, czy innej Gubałówce. 😉

Nie zmienia to jednak faktu, że trasa jest piękna – według niektórych rankingów najpiękniejsza droga świata. Jednak sam proces jej tworzenia już taki piękny nie był – podczas budowy wykorzystano ogromne sumy pieniędzy i miliony kilogramów dynamitu, a wielu budujących ją żołnierzy, podczas nieludzko ciężkiej pracy, straciło życie. To okrutne konsekwencje rządów Nicolae Ceaucescu, który wymyślił, że droga będzie przebiegać przez najwyższe pasmo górskie kraju i od tego pomysłu nikt nie potrafił go odwieść. Dyktator nie znosił sprzeciwu, zatem powstała ona dokładnie tak, jak tego chciał, a służyć miała szybkiemu przemieszczaniu się wojsk, w razie ataku Związku Radzieckiego na Rumunię. W takich oto okolicznościach stworzono jedną z największych atrakcji turystycznych kraju.

Trasa Transfogarska samochodem

Ze względu na wysokie prawdopodobieństwo trudnych warunków pogodowych, trasa jest otwarta od kwietnia do października. Zresztą w sierpniu też z pogodą może być różnie – nam na szczęście dopisała. Świeciło piękne słońce, oświetlające jasnym, momentami wręcz ostrym blaskiem, wysokie zbocza górskie, które połyskiwały zachęcająco gdzieś w oddali i kusiły, niezmąconą turystycznym gwarem, ciszą. Tym bardziej, że turyści na trasie przemieszczają się wszelkimi możliwymi środkami lokomocji – samochodami, motocyklami, rowerami, a są wśród nich i tacy śmiałkowie, którzy decydują się na pieszą przeprawę. Widoki są faktycznie niezwykłe i poniekąd rekompensują te tłumne niedogodności. 😉 I nie raz, zapierają dech w piersiach – jeziora, małe i większe strumyki, wodospady, urocze, nieskażone ingerencją człowieka krajobrazy, a w tle cicho szepczące, majestatyczne masywy górskie. Dla tych widoków warto przystanąć i chłonąć je całym sobą, wsłuchując się przy tym w subtelnie pobrzmiewające echo ciszy.

Trasa jest wymagająca – pełno zakrętów, ale warta trudu. W zamian dostaniemy niezapomniane wrażenia i przeżycia, których nie kupimy nigdy, nigdzie i za żadne pieniądze – takie bezcenne skarby. Górskie, rześkie powietrze oczyści nie tylko nasze płuca, ale i głowę, a to przyda się zawsze i każdemu. 😉 Czy jest to rzeczywiście najpiękniejsza trasa na świecie? Dla mnie chyba nie – mam swoje ulubione i akurat tej raczej bym do tego grona nie zaliczył. Pewnie przez te tłumy. 😉

A Wy? Byliście? Widzieliście? Czy podróż Transfogarską dopiero przed Wami?

Na zakończenie wpisu dowcip funkcjonujący w czasach słusznie minionych w komunistycznej Rumunii pod rządami Nicolae Ceaușescu,  który przeczytałem w książce: “Bukareszt. Kurz i krew” Małgorzaty Rejmer.

Nicolae i Elena wracają helikopterem z podróży zagranicznej.

– Ach, jakie mamy piękne rzeki – zachwyca się Elena

-To nie rzeki, to drogi – odpowiada Nicolae.

Pilot odwraca się:

-To nie drogi, to ludzkie w kolejkach

podobne wpisy

Dodaj komentarz