Home MOJE WYPIĘTRZONE MARZENIA Sławkowski Szczyt i Mała Wysoka w jeden dzień

Sławkowski Szczyt i Mała Wysoka w jeden dzień

dodał damian
0 komentarz

Po dniu odpoczynku od rajdu przez Rysy, Koprowy i Krywań oraz dniu wcześniej rozgrzewki na Jagnięcym przyszedł czas na ostatni element mojej przygody z Doby Tatry: Sławkowski Szczyt i Mała Wysoka.

Pobudka o 3;33, śniadanie i 2 godziny w samochodzie do Starego Smokowca, Na parkingu już lekko się kotłuję. Przebieram się w wyjściowe ubranko i spokojnie ruszam w górę. Pogoda raczej bez szału, góra skąpana jest w chmurach – może to zniechęci potencjalnych zdobywców? 🤣 Na szlaku, który wprost z miasteczka atakuję Sławkowski jest spory ruch a ścieżka do szerokich nie należy.

Sławkowski Szczyt czy są tu jakieś trudności?

Niebieski szlak na Sławkowski (jedyna droga) nie prowadzi jak większość tras tatrzańskich w głąb doliny, z której dopiero atakujemy szczyt ale od razu wyprowadza w górę. Sławkowski Szczyt przez bardzo długi czas uchodził za najwyższy w Tatrach, dumnie góruje nad Smokowcem i faktycznie sprawia wrażenie dużego. Jego 2452 m n.p.m. plasuje go na trzynastym miejscu w Wielkiej Koronie Tatr, jest również trzecim pod względem wysokości szczytem tatrzańskim na który prowadzi znakowany szlak turystyczny. Trudności technicznych też tutaj nie spotkacie. Nie ma więc co się dziwić, że bywa oblegany i należy do tych zatłoczonych.

Wróćmy jednak do wąskiej ścieżki i pierwszych zatorów. Mam dzisiaj do przejęcia trochę poniżej 30 kilometrów i niecałe 2800 metrów podejścia, więc w planach jest równe i spokojne tempo. Nie mniej gdy nadarza się okazja wyprzedzam kolejne grupki turystów. Dość szybko opuszczam las, który ustępuję kosówce. Mijam pierwszy większy plac postojowy: Maksymiliankę, czyli osiągnąłem już 1531 m n.p.m. Nie zatrzymuje się – idę dalej.

Drogę umilam sobie obserwacją pewnej pary, gdzie facet co rusz szybko rusza do przodu, zostawiając swoją partnerkę z tyłu by następnie po kilku minutach sprawdzać jak daleko jest luba i przykładnie przystawać w oczekiwaniu aż zrówna się z nim na szlaku. Gdy tylko owa kobieta zrównuje się ze swoim parterem, on ponownie dziarsko rusza w górę. Historia powtarza się kilkukrotnie, przyznaję że z premedytacją nie wyprzedzałem owej pani, bo byłem ciekaw tego sposobu wspólnego zdobywania szczytów. W końcu się doczekałem: pani nie wytrzymała i wytłumaczyła w mało parlamentarny sposób jaki ma stosunek do tego jego (partnera) sposobu wspólnego zdobywania Sławkowskiego Szczytu. Ostrożnie ominąłem rozmawiającą parkę i ruszyłem dalej. Chmur wokół szczytu coraz więcej, więc o widokach można zapomnieć – to tak żeby dodać dramaturgii. Na Sławkowskim Szczycie byłem wiele lat temu na pierwszych wspólnych wakacjach z moją partnerką Agnieszką – wtedy pamiętam było gorąco, dzisiaj jest przyjemnie ciepło.

Im wyżej, tym widoczność coraz gorsza, szczerze mi to nie przeszkadza. Sumiennie krok za krokiem posuwam się naprzód, nie za szybko i nie za wolno, kontemplując brak jakichkolwiek widoków. Jak pisałem wcześniej, szlak na Sławkowski wychodzi wprost na górę i licznymi zakosami zdobywamy kolejne metry w pionie. Mimo braku jakichkolwiek trudności technicznych (nie znajdziecie na całej trasie ani jednego odcinka z łańcuchami ani klamry) czy miejsc eksponowanych, to żmudne i dość ostre podejście może stanowić pewne wyzwanie fizyczne dla mało wprawionego piechura.

Przemyśliwając sprawy doczesne, mijam kolejne popularne miejsca odpoczynku, w tym Królewski Nos, skąd na szczyt mam już naprawdę niedaleko.

Sławkowski Szczyt 2452 m n.p.m – krzyż i mgła

Widoczność ogranicza się do 5 – 10 metrów, do tego wieje jak cholera (ale głowy nie urywa, więc w sumie luz). Szlak wiedzie niewygodnym piargiem, który złośliwie poszukuje dojścia do wnętrza moich butów. Szkoda że nie wziąłem niskich stuptupów. Ostrymi zakosami podchodzę w górę, chyba zgubiłem szlak bo kilka ścieżek kluczy na przemian. Nie widzę jeszcze szczytu bo chmury zasłaniają wszystko ale wieje coraz mocniej, znaczy jestem blisko. Piarg ustępuję głazowisku, słyszę głosy, które docierają z różnych stron, wiem że to nie majaki czy inne wytwory mojej wyobraźni, po prostu mgła i wiatr zniekształcają fale akustyczne. 

Dochodzę do krzyża z pamiątkową tablicą. Zegarek wskazuję że do tej pory przeszedłem 7,5 kilometrów pokonując prawie 1500 metrów przewyższenia w czasie 2 godzin i 22 minut

Między głazami kryją się osłonięci od wiatru turyści. Znajduję również miejscówkę dla siebie. Co jakiś czas spomiędzy głazów wychodzą kolejni turyści by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z krzyżem – nie będę gorszy razem w szydełkowym gumisiem robimy sesje w chmurach. Na szczycie uprzytomniłem sobie że to mój pierwszy przystanek od wyjścia z samochodu. Gorąca herbata, czekolada i galaretka, nigdzie nie smakuje tak dobrze. Nasyciwszy się widokami 😜 i kaloriami ruszam w dół, tą samą drogą, którą wszedłem. Szybko tracę wysokość, nie mam powodów aby się zatrzymywać – widoczność nadal nie zachwyca. W górę podąża coraz więcej turystów, czyli na wąskich odcinkach między kosówką i w lesie będzie tłoczno.

Kozica tatrzańska – spotkania z nią chyba mi się nie znudzą

Chmury odpuszczają widać, coraz więcej. W pewnym momencie po mojej lewej dostrzegam kozice która leniwie skubie trawę. Do tego za nią odsłania się piękna panorama gór. Na szczycie może nic nie było widać, za to tutaj kozica tatrzańskie i szczyty w tle wyglądają fantastycznie. Przystaję, robię kozicy całą sesję zdjęciowa, dołączają kolejni fotoreporterzy. Kozica początkowo nic sobie nie robi z gęstniejącego tłumu turystów. Nie zauważyłem, gdy za moimi plecami pojawiło się dobre kilkanaście osób. 

Zostawiam kozice i jej fotografów. Chmury zupełnie ustąpiły, robi się ciepło, ruch na szlaku gęstnieje.

Wielicki Staw, Wielicka Silkawa i nawet Dolina jest Wielicka

Na Magistrali Tatrzańskiej (słow. Tatranská magistrála), którą kieruję się do Ślaskiego Domu ruch jest zadziwiająco mały. Po godzinie jestem przy Śląskim Domu i tutaj tradycyjnie jest gwarno i tłoczno. Planuje krótką przerwę na drugim końcu jeziora. Tutaj tez sporo ludzi ale jednak się zatrzymam, coś zjem i ruszam dalej.

Lubię to podejście pod Mokra Wanta (słow. Večný dážď) – zwłaszcza gdy jest ciepło jak dzisiaj 😎 Mokra Wanta to skalny próg w Wielickiej Dolinie, który trawersujemy idąc w kierunku Polskiego Grzebienia. Szlak jest tak poprowadzony, że przechodząc pod progiem jesteśmy lekko zraszani spadającą z góry wodą. Jak wspomniałem lubię ten odcinek dodatkowo z powodu malowniczego Wielickiej Siklawy nad który wyprowadza mnie szlak pokonawszy próg Mokrej Wanty. Ilekroć tu jestem, lubię chociaż na chwilę przystanąć i pogapić się na Wielicki Staw, nawet hotel Śląski Dom wygląda stąd znacznie lepiej.

Pamiętam że za progiem odchodzi wyraźna (wg opisu) ścieżka na Gerlach, chcę ją zlokalizować bo w tegorocznych planach mam jeszcze wizytę u „króla Tatr” (opis tutaj). Odnajduję ścieżkę, faktycznie wyraźna, “zapisuję” z pamięci w którym miejscu opuszcza farbę, ja natomiast idę dalej wyznaczonym szlakiem.

Wielicki Ogród czyli tatrzańska łąka kwietna

Początkowo niespiesznie nabieram wysokości idąc przez Wielicki Ogród (słow. Kvetnica) i Wyżni Wielicki Ogród (słow. Vyšná Kvetnica), w przeszłości wypasane było tutaj bydło i zbierano siano. Bogactwo flory na pewno zachwyci wielu miłośników roślin. Minąwszy Długi Staw Wielicki (słow. Dlhé pleso), którego lustro usytuowane jest na 1945 m n.p.m, szybciej nabieramy wysokości by ostatecznie dojść do ubezpieczonego odcinka (trochę łańcuchów i klamry) prowadzącego do przełęczy Polski Grzebień.

Rozdroże na Polskim Grzebieniu  

Polski Grzebień (słow. Poľský Hrebeň) to piękna szeroka przełęcz (2200 m n.p.m.) w głównej grani Tatr Wysokich. Na rozstaju stoi drogowskaz, który jest popularnym motywem fotograficznym. Z przełęczy na szczyt został już przysłowiowy rzut kamieniem, 500-600 metrów i lekko ponad 220 metrów w pionie. Gdy byłem tutaj rok temu mgła ograniczała widoczność do max. 50 metrów, tym razem widoki powalają.

Szlak z przełęczy na szczyt początkowo wymaga użycia rąk, jest dość ostro nachylony, jednak im bliżej szczytu tym robi się łatwiej. Początkowe trudności ustępując dość mozolnemu podejściu przez rumosz. Kilkukrotnie w czasie podejścia odsłania się fantastyczny widok na Zmarły Staw – to chyba mój dzisiejszy „number one”.

Mała Wysoka – koniec przygody z Doby Tatry

Na szczycie Małej Wysokiej widoki również nie zawodzą. Rok temu widoczność na szczycie była jeszcze mniejsza niż na przełęczy i ograniczała się do kilku metrów. Teraz jak okiem sięgnąć, dookoła góry. Sławkowski na którym byłem jeszcze 4 godziny temu jest prawie na wyciągnięcie ręki.

Siedzę dłuższą chwilę na szczycie, trochę fotek. Wyjadam wszystko z plecaka – zawsze to mniej do zniesienia. Zmieniają się turyści na szczycie, w końcu na mnie też przychodzi pora. Niespiesznie kieruję się do Smokowca na parking, gdzie stoi mój Forester. Zakończyłem przygodę z Doby Tatry’20: wszedłem na 6 szczytów – pozostaje tylko wysłać zdjęcia na stronę organizatora i czekać na pamiątkowy medal.

METRYCZKA

nazwa: Sławkowski szczyt (Slavkovský Śtít)

lokalizacja: Tatry, Słowacja

wysokość: 2453 m n.p.m

wybitność: 191 m

korony górskie: Wielka Korona Tatr

uwagi: pierwsze wejście 1664 Georg Buchholtz,  trzeci pod względem wysokości dostępny dla turystów tatrzański szczyt

nazwa: Mała Wysoka (Východná Vysoká)

lokalizacja: Tatry, Słowacja

wysokość: 2429 m n.p.m.

wybitność: 59 m

uwagi: pierwsze wejście 1888, Janusz Chmielowski, Jędrzej Marusarz Jarząbek,  czwarty co do wysokości dostępny dla turystów tatrzański szczyt

Dla zainteresowanych link do Stravy z czasami i trasą: Sławkowski Szczyt i Mała Wysoka

podobne wpisy

Dodaj komentarz