Home MOJE WYPIĘTRZONE MARZENIAAFRYKA Wulkan Pico del Teide – trekking w jeden dzień

Wulkan Pico del Teide – trekking w jeden dzień

dodał damian
0 komentarz

Cel –wulkan Teide

Wygasły, samotny wulkan pośrodku Teneryfy, wyspy stanowiącej cel licznych wycieczek z Polski. Najwyższy szczyt Hiszpanii – mimo że do Korony Europy nie zaliczany. Można wjechać kolejką i po prostu, zwyczajnie delektować się krajobrazem z tarasu widokowego położonego poniżej szczytu. Ale kolejką może wjechać każdy – wystarczy zgłosić takowy zamiar na stronie Parku i pozwolenie otrzymać niemalże z automatu… Właśnie, „niemalże z automatu” – bo jak to w życiu bywa i tutaj możemy napotkać niewielkie przeszkody, lecz na tyle małe, że spokojnie sobie z nimi poradzimy. Dzisiaj jednak nie o tym. Dzisiaj, o mojej pieszej, wędrownej podróży na ten osobliwy szczyt.

Teide pozwolenie – niespodzianki i rozwiązania

Na Teneryfę docieram z myślą o wejściu na Pico del Teide, bo to góra łatwa, ładna, ot taka urlopowa. I co się okazuje na miejscu? Dopiero co rozpoczyna się sezon turystycznych wejść poza barierki tarasu widokowego i tak się niefortunnie składa, że na czas mojego zaplanowanego pobytu, nie ma już „wolnych” pozwoleń. Pozostaje opcja ich ominięcia i wykupienie wycieczki z przewodnikiem albo ewentualnie nocleg w Altaviście (schronisko górskie, jak już wiecie) – wszystkie miejsca do końca maja zarezerwowane. 🙂 Przewodnikowi, który wsadzi mnie do wagonika kolejki i potem przepuści przez barierki checpointa, nie zapłacę 100 Euro (plus koszt przejazdu kolejką). Sorry, dostałem promo – 89 Euro to całkiem sensowna cena. Nie czepiam się ceny przewodnika – ktoś chce kupić, zgadza się – O.K. Dla mnie, za mało atrakcyjna forma.

Nie daję łatwo za wygraną – może jednak uda się z Altavistą? Sprawdzam codziennie, czy ktoś nie zrezygnował, czy nie zwolniło się jakieś miejsce. Pierwszy, drugi, trzeci dzień – nic. W końcu jest, pojawia się. Próbuję zarezerwować – bez skutku… Rezerwacji można dokonać, na minimum 24 godziny przed planowanym wejściem.

„Odrobinę” zawiedziony postanawiam udać się do siedziby Parku – może tam coś wskóram? Na miejscu, miły pan – strażnik informuje mnie, że nie może przypisać mnie do tego wolnego pozwolenia, bo do mojego planowanego wejścia zostało mniej niż 24 godziny (no tak…). Rzecz jasna, cała nasza rozmowa odbywa się w języku paneuropejskim – łączony angielski, hiszpański i niemiecki – Hiszpanie mają wyjebane na języki obce… Finalnie, facet stwierdza z rozbrajającą szczerością, że jeżeli jest to dla mnie tak ważne, powinienem być na szczycie przed strażnikiem obsługującym bramki, czyli przed 9-tą rano (od 9-tej kursuje kolejka) i zwyczajnie wejść na szczyt. Przy zejściu nikogo już nie interesuje pozwolenie… Dwa razy powtarzać mi nie trzeba.

Pico del teide bez pozwolenia – komu w drogę temu, temu czas

Następnego dnia, wczesna pobudka, szybkie śniadanie i już po 4-tej rano, wyjeżdżam z hotelu przy wybrzeżu swoją strzałą (Kia Picanto z kiepsko działającą klimą – tak to jest, jak się wcześniej nie zarezerwuje samochodu i bierze, co dają w lokalnej wypożyczalni). Na parkingu samochodowym, skąd zaczyna się szlak pieszy, jestem po 5-tej. Jest jeszcze całkiem ciemno, a na tablicy widnieje informacja o zakazie wędrowania nocą. – Jakieś dodatkowe uwagi? Lubię wstawać rano, ale trochę trudno mi się rozchodzić. Trzeba jednak się spieszyć, aby przed 9-tą być przy bramkach.

W końcu narzucam całkiem dobre tempo. Początkowo droga leniwie wije się w górę – nie widzę za wiele, jest ciemno. W sumie i tak nie jest to bardzo istotne – ważne, by być przed 9-tą przy bramce. Zaczyna świtać – jest pięknie. W głowie kołacze myśl, że nie mogę się zatrzymać.

Zdążę, czy nie zdążę?

Zawsze byłem przekonany, że moje serce i płuca w miarę pasują rozmiarowo do klatki piersiowej – dzisiaj śmiem w to wątpić. Nie mając zamiaru się poddawać, przez cały czas utrzymuję dobre tempo, jednak jak nic – płuca za małe, serce za duże…

Nareszcie docieram do Altavisty – większość nocujących ruszyła już na szczyt, został tylko jakiś Azjata, który mówi mi, że tu na miejscu jest wystarczająco ładnie i nie wybiera się dalej. 😉

Przy bramkach jestem prawie pół godziny przed czasem, mijam je szybko i obiecuję sobie, że zaraz gdzieś odpocznę. Przecież serce i płuca są już poza klatką piersiową. Jestem ponad 3500 metrów n.p.m. Jeszcze kilka godzin temu, byłem paręnaście metrów od oceanicznej plaży…

Sierotka Gumisia i Krasnoludki?

Siadam, aby odpocząć – w końcu minąłem już bramki. Rozglądam się dookoła, chłonę widoki. Lokalizuję, mój jeszcze odległy, cel. Wystarczy, czas ruszyć naprzód. Wokół szczytu zawisa chmura, momentami widoczność sięga na kilkanaście metrów. Na szczęście, po niedługim czasie, chmury rozchodzą się i widzę, jak wysoko już dotarłem i jak samotny jest ten wulkan przede mną.

Serce wali, słyszę jedynie swój oddech. Jestem wycieńczony. Nagle, gdzieś w oddali niesie się chóralny śpiew. Pierwsze skojarzenie – krasnoludki, niczym z tej bajki o siedmiu krasnalach – nie jest dobrze. 😉 Stwory nucą coś po niemiecku, nade mną zawisa chmura, gonitwa myśli w głowie. Pewnie to tylko wyobraźnia, niedotleniony mózg i zmęczenie płatają figle, ale dlaczego one, do cholery, śpiewają po niemiecku? Olewam krasnoludki, chociaż owe odgłosy niechybnie się zbliżają. Najwyższy czas na mnie. Podnoszę tyłek, idę w górę, podążam za coraz wyraźniej słyszalną melodią – syreny swoim pięknym śpiewem gubiły marynarzy, mnie zgubią podśpiewujące po niemiecku krasnale – masz ci los.

Widoczność na kilka metrów do przodu, śpiew staje się coraz wyraźniejszy. Jak nic zaraz na nich wpadnę… I nagle są. Wyłaniają się z mgły – ku mojemu zaskoczeniu – dosyć rośli… 😉 Okazuje się, że to grupa niemieckich turystów umila sobie zejście, śpiewając jakieś niemieckie przyśpiewki… Opowiadam im, jaką historię sobie wkręciłem. Chwilę rozmawiamy – na szczęście też mówią po angielsku.

Cel osiągnięty: Jej wysokość Teide, siarczyste piękno diabelskiej góry

Idę dalej. Jeszcze niewielki odcinek przede mną i dotrę do celu. Ogromnie zmęczony, ale i zmotywowany, przemieszczam się wyżej i wyżej. Ścieżka coraz bardziej nierówna i stroma. Coraz mocniej czuć siarkę. Coraz mniej sił.

Jestem. Dotarłem. Rozglądam się, nikogo, oprócz mnie, samotnie siedzę na wysokości 3718 m n.p.m. a do dna morza mam bodaj 7500 m 🙂 Łagodny wiatr przegania chmury, które zdają się być na wyciągnięcie reki, niczym zewsząd oplatająca mgła albo lepka pajęczyna, po czym moim oczom ukazuje się cudowność… Słońce w pełni, poniżej Teneryfa w całej okazałości – stąd, taka mała i odległa. Pod stopami, spod kamieni, bucha gorąca siarka. Samotny na szczycie, wokół pięknie – czego można chcieć więcej? Po raz kolejny czuję się zwycięzcą.

Od smrodu siarki trochę mi niedobrze, a w głowie nieco wiruje, ale to nieistotne – jest super. 🙂 Zostaję tutaj na pół godziny. Czerpię radość z tej krótkiej chwili. Cieszę się, że wszedłem, że zdążyłem przed strażnikiem. Pogoda jest taka piękna. Czysto, przejrzyście. Niekiedy tylko, zbierają się kłęby gęstych chmur, aby po chwili rozpierzchnąć i ustąpić miejsca słońcu i oświetlanym przez nie, nieziemskim widokom

Powrotów czas

Czas na powrót. Wystarczy. Nasyciłem wszystkie zmysły. Teraz szybkie zejście, bo zaraz zrobi się gorąco, a mi skończyły się już wszystkie napoje.

W samochodzie jestem 2,5 godziny później. Oszołomiony podróżą w górę, nie wiele odnotowuję z drogi powrotnej.

Kolejne wspomnienia, staram się trwale wyryć w pamięci. To był wspaniały dzień.

Wskazówki praktyczne: Teide jak się ubrać, jakie buty zabrać na wulkan?

Nie żebyś sobie bez poniższych wskazówek nie poradził, ale z nimi może być Ci nieco łatwiej.

  • Weź spory zapas wody – min. 2 litry na osobę (ja wziąłem za mało);

  • Pamiętaj o jedzeniu – najlepiej sprawdzą się rzeczy lekkie (batony, żele, kanapki itp.);

  • Ubierz się „na cebulkę” albo weź ubrania na zmianę – niżej bywa gorąco, na szczycie może leżeć śnieg, no i bardzo wieje, stąd polecam kurtkę przeciwwiatrową (softshela lub podobne)

  • Wygodne buty (tzw. „podejściówki” wydają się idealne – jeżeli nie zalega śnieg oczywiście, sprawdzą się również klasyczne buty trekkingowe )

  • Co jeszcze może Ci się przydać? – niech każdy zadecyduje sam, znając własne potrzeby, niemniej pomocne mogą się okazać: , latarka albo czołówka, okulary przeciwsłoneczne, krem z wysokim filtrem i jakaś mapa (nie zapomnijcie naładować telefonu);

  • Nocleg w schronisku ZAREZERWUJESZ TUTAJ;

  • Do Parku Narodowego Teide, dotrzesz również autobusem

  • A jeśli zabraknie Ci sił po zdobyciu szczytu, możesz zjechać kolejką Teleferico.

Pamiętaj, że na szczyt możesz również dostać się kolejką (wszystko na TEJ STRONIE). Jeśli nie czujesz się na siłach do wspinaczki, śmiało wybierz takie rozwiązanie. Chociaż uważam, że nie potrzeba rewelacyjnej kondycji, aby zdobyć Teide. Widoki zrekompensują Twój wysiłek. Poza tym, swoją wyprawę możesz rozłożyć na dwa dni. Pierwszego dnia dotrzeć do schroniska, a drugiego, o samym świcie, ruszyć na szczyt.

Problem z wysokością. Zgodnie z popularną w Internecie infografiką aklimatyzacja do wejścia na Teide powinna trwać ok. 4 dni. Jak już wiecie z mojej relacji, różnie może być – zwłaszcza gdy wasza baza leży kilkanaście metrów n.p.m. .   Były momenty, że nie czułem się najlepiej (krasnoludki ;-), lekkie mdłości i bóle głowy), ale każdy, trud wspinaczki, może odczuwać inaczej. U jednych pojawią się pewne dolegliwości, u innych nie. Indywidualna sprawa. Widoki, i tak zrekompensują wszystko :-). Można, na wszelki wypadek, wziąć jakieś środki przeciwbólowe.

A jak to było u Was? Zdobyliście już piekielną górę, czy dopiero planujecie swoją przygodę z Teneryfą? Dajcie znać w komentarzach. Jestem ogromnie ciekaw Waszych wrażeń.

podobne wpisy

Dodaj komentarz