Home MOJE WYPIĘTRZONE MARZENIA Korona Gór Polski i romantyczne noce pod gwiazdami. KGP #3

Korona Gór Polski i romantyczne noce pod gwiazdami. KGP #3

dodał damian
0 komentarz

Bohaterowie filmu grozy, słodki wody smak i romantyczne noce pod gwiazdami,

czyli Gumisiowej układanki ciąg dalszy

Dzisiejszy wpis zacznijmy bez ogródek, bez zbędnego, przydługiego wstępu. Najlepiej przejdźmy od razu do rzeczy – a mianowicie do kolejnych górek z Korony. Ci z Was, którzy czytali poprzednie części, wiedzą już, że nie będę opisywał wszystkich 28 szczytów. Powody są proste – jednak w tym miejscu nie będę się powtarzał – zainteresowanych, którzy jeszcze nie nadrobili zaległości i mają ochotę nadgonić, odsyłam do wcześniejszych tekstów – tam wszystkiego się dowiecie. Oprócz obszernej dawki wiedzy o założeniach i ideach Korony, znajdziecie w nich również moje pierwsze wspomnienia z podróży. Poza tym będzie sporo przemyśleń, refleksji odnoszących się do „starych dobrych czasów”, czasami z przymrużeniem oka . Zaczynajmy.

Kolejne góry na mojej drodze: Beskid Wyspowy, Makowski i Gorce

Następne na listę „zdobywców” trafiły” Mogielica, Lubomir i Turbacz. Wszystkie „odhaczone” pod koniec sierpnia 2001 roku. Zobaczcie jak wyglądały nasze ówczesne trasy po szczyty.

23.08.2001

Łabowa – Stary Sącz – Łącko (ten odcinek pokonaliśmy samochodem) – następnie do Szczawy (rowerem 18 km)

24.08.2001

Szczawa – Mogielica – Jurków – Ćwilin – Śnieżnica – Kasina Wielka – przełęcz Wierzbanowska – Lubomir – Kudłacze – Pcim – Tenczyn – przeł. Glisne – gdzieś pod Luboniem Wielkim (62 km)

25.08.2001

Gdzień pod Luboniem – Luboń Wielki – Rabka Zdrój – Stare Wierchy – Turbacz – Gorce – Ochotnica – Zabrzeż – Łabowa (110 km)

Minimalizacja kosztów = maksymalizacja wrażeń (odgłosy lasu nocą)

Ta wycieczka to swoiste ukoronowanie wakacji 2001. Podróż rowerem przez Beskid Wyspowy, Makowski i Gorce – prawie 200 kilometrów przemierzając zarówno asfaltowe drogi jak i leśne ostępy. Zgodnie z przyjętą wcześniej przewodnią zasadą naszego każdego wyjazdu: minimalizacja kosztów i maksymalizacja wrażeń, wygodne łóżka w schronisku zamieniliśmy na karimaty i klimatyczne odgłosy lasu nocą. Coś dla tych, którzy lubią od czasu do czasu poczuć ten specyficzny dreszczyk emocji i oddech chłodnej, tajemniczej, może nawet nieco posępnej nocy na karku. Ten, kto po zmroku odwiedził kiedykolwiek „knieje”, domyśla się pewnie, o czym mówię. 😉 Osobliwe przeżycie, polecam.

Bohaterowie filmu grozy

To właśnie noclegi były szczególnie atrakcyjne. Pierwszy przypadł gdzieś na trasie pod Mogielicą. Zatrzymaliśmy się w czymś, co na pierwszy rzut oka trochę przypominało leśniczówkę. Skraj lasu, noc i ta opuszczona drewniana chatka – czy można wyobrazić sobie bardziej intrygujące miejsce na nocleg? No jasne, że można. ;-D Ale dwóm nastolatkom spragnionym przygody to w zupełności wystarczyło. Niuanse dopracowała twórcza wyobraźnia. Czuliśmy się wtedy trochę jak aktorzy jakiegoś filmu grozy albo bohaterowie powieści Kinga. No dobra, może nie do końca tak było – chcieliśmy się tak poczuć, a w każdym razie na pewno bardzo staraliśmy się zbudować atmosferę gotyckiego horroru. Jednak zmęczenie zrobiło swoje, padliśmy niedługą chwilę po tym, jak przekroczyliśmy próg leśnego domku. A okazja do wcielenia się w postaci z kultowych dreszczowców, przepadła. Przynajmniej tamtej nocy.

Z kolei drugi z noclegów pozwolił nam na bliższe poznanie mega różnorodnej fauny i flory Lubonia Wielkiego. Tuż obok jakiejś przypadkowej leśnej ścieżki znaleźliśmy odcinek trochę mniej pochyłego terenu. Rowery rzuciliśmy w krzaki, pospiesznie rozłożyliśmy karimaty, po czym wsunęliśmy się w ciepłe śpiwory i w błyskawicznym tempie zasnęliśmy – zmęczenie całodzienną podróżą dało się we znaki. Było prawie idealnie. Przy czym prawie, a szczególnie w tym przypadku, niestety robiło znaczną różnicę. Bo jedyny mankament, za to dający nieźle w kość (i to dosłownie – po tej uroczej nocy pod gwiazdami bolało nas dosłownie wszystko – nawet te najmniejsze kosteczki, o których istnieniu przypominasz sobie dopiero w momentach takich, jak ten), to ciągłe zsuwanie się z karimaty. Okazało się, że nasze miejsce noclegowe było jednak bardziej pochyłe, niż początkowo oceniliśmy – cóż, wokół ciemna noc, a my wykończeni. Niezbyt trafnie dokonaliśmy oględzin terenu, za co przepłaciliśmy nie najlepiej przespaną nocą (ach ból duchowy) i obolałym ciałem (udręczenie fizyczne). 😉

Wymuszona bezsenność – refleksji czas/czar

Ale również tutaj można znaleźć pewne plusy – jak tak człowiek nie może spać, to raz, że ma więcej czasu na rozmyślania (można snuć plany na przyszłość niewybiegającą poza najbliższy tydzień i głowić się, co zrobić z tymi kilkoma dniami wakacji, które jeszcze pozostały; można też czynić bardziej poważne plany odnośnie „dorosłego” życia, takiego „na serio”, ale po co psuć sobie wakacje? ;-); jakkolwiek chcąc nie chcąc, od czasu do czasu po głowie przepłynęła myśl o zbliżającej się coraz większymi krokami maturze, o tym co ze sobą począć po liceum, jak pokierować swoim życiem podróżnika (bo wtedy miałem zostać podróżnikiem i gór zdobywcą) – jednak jak na tę noc, to było trochę za dużo, nawet dla mnie – zimno, niewygodnie, a tu takie ciężkie tematy; o nie, co to, to nie – a na pewno nie dziś), a dwa, że nadarza się niepowtarzalna sposobność bliższego poznania nocnego świata zwierząt (a to gdzieś w oddali słychać dostojne pohukiwanie sowy, a to raz na jakiś czas nad głową przeleci zbłąkany nietoperz, wokół melodię miarowo nucą świerszcze, o komarach zawodzących nad uchem nawet nie wspomnę; czasem coś zaszeleści w krzakach – może jakaś większa zwierzyna, nie dane nam było się przekonać (może to i lepiej)).

Sztuka latania

Podsumowując, tym razem celem naszego wyjazdu były Mogielica, Lubomir i Turbacz. Mogielica i Lubomir po raz pierwszy, Turbacz natomiast pierwszy raz rowerami. Oprócz wyżej wymienionych atrakcji, pierwsze co przychodzi mi do głowy wspominając tę wycieczkę, to kilka naprawdę dobrych zjazdów na trasie. Mogielicę i Ćwilin zapamiętałem najbardziej – chociaż tam na rowerach raczej się nie jeździ turystycznie. No i również Śnieżnica jakoś szczególnie utkwiła mi w pamięci – trasa zachęcająca do osiągania ciut większych prędkości, przez co zjazd nią skończył się dokładnie tak, jak można się było tego spodziewać – zaliczyłem „mega glebę”. Jak możecie się domyślić, nie obyło się bez licznych siniaków i otarć, które dawały o sobie znać jeszcze ładnych parę dni po powrocie do domu. Czasami się zastanawiam jak to możliwe że dożyłem do dzisiaj ;-p

Poszukiwacze skarbów – Mogielica

Tyle ze wspomnień – teraz wypadałoby napisać chociaż kilka zdań o każdym ze szczytów. Na początek przyjrzyjmy się nieco Mogielicy (117 m n.p.m.). Góra ta ze względu na majestatyczną „posturę” rozpościera swe władcze moce nad całą rozległą okolicą i często nazywana jest Królową Beskidu Wyspowego. Na samym jej wierzchołku (obecnie) stoi 22 metrowa wieża, która jest wprost wymarzonym obiektem dla fotografów i łowców pięknych widoków. Oglądane z tej wysokości krajobrazy (widok na cały Beskid Wyspowy i Sądecki, Gorce, Pieniny, Tatry, Pasmo Babiej Góry i Beskid Żywiecki a nawet Małą Fatrę), w szczególności o wschodzie i zachodzie słońca, zaliczyć można do zjawisk wręcz baśniowych. Mogielica zalicza się do czołówki szczytów, z których rozciągają się najpiękniejsze panoramy. Jeśli zatem ktoś szuka magii w górach, to proszę bardzo – wybór zdaje się być prosty. Jakieś inne atrakcje? Na szczyt można dotrzeć praktycznie ze wszystkich stron świata – pieszo, biegnąc albo rowerem (tak jak my na przykład). Mogielica to prawdziwy raj dla rowerzystów – malownicza leśna sceneria wokół i niemonotonne, ciekawe położenie terenu przyciągną wszystkich miłośników kolarstwa górskiego, ale także amatorów dopiero rozpoczynających swoją przygodę w górskim terenie. Z kolei zimą ścieżki rowerowe stają się trasami narciarstwa biegowego. Po drodze na wierzchołek miniemy kilka polan – największa z nich to Polana Stumorgowa, a tuż pod szczytem natrafimy na ogromny głaz „Zbójnicki Stół”. Podobno jest to miejsce, gdzie zbójnicy liczyli swoje pieniądze. Miejscowi powiadają też, że w jaskiniach w okolicach Marszałkowej Studni do dziś leżą zaginione skarby. 😉

Podglądając gwiazdy i Słońce – Lubomir

Nasz kolejny szczyt do Korony, Lubomir (904 m n.p.m.), to najwyższy szczyt w Beskidzie Makowskim (co do położenia są pewne kontrowersje, ponieważ w ten sposób został sklasyfikowany przez twórców Korony Gór Polski; tymczasem zgodnie z regionalizacją Polski opracowaną przez Jerzego Kondrackiego, Lubomir zalicza się do Beskidu Wyspowego). Swoją nazwę zawdzięcza księciu Kazimierzowi Lubomirskiemu, którą to nadano w 1932 roku w dowód uznania jego zasług – ze swoich ziem ofiarował on teren na szczycie przeznaczony pod budowę obserwatorium astronomicznego. I to właśnie Obserwatorium Astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza jest największą atrakcją turystyczną Lubomira. Można je zwiedzać również w weekendy, a mając odrobinę szczęścia i trafiając na ładną pogodę można pooglądać niebo i wybuchy na słońcu. W sezonie wakacyjnym, cyklicznie odbywa się tutaj także nocne obserwowanie gwiazd – całkiem sympatyczna atrakcja.

Najwyższy w Gorcach – Turbacz

No i ostatnia z Korony góra zdobyta w tamtejsze wakacje – Turbacz (1310 m n.p.m.), najwyższy szczyt Gorców. Pierwszy raz na Turbacz wszedłem w październiku 2000 roku. Niecały rok później, przy okazji naszej wycieczki, postanowiliśmy dostać się na niego rowerami. Wyruszając z Rabki fragmentem Głównego Szlaku Beskidzkiego odwiedziliśmy po drodze: bacówkę na Maciejowej i Schronisko Stare Wierchy. Z Turbacza bez większych przygód udaliśmy się do domu – za kilka dni wracamy do szkoły.

Ani kropli deszczu

Długi weekend majowy 2002 i kolejny szczyt do kolekcji – Tarnica (1346 m n.p.m.). Ponownie ruszyliśmy w drogę z kolegą Tomkiem i tym razem pierwszy raz odwiedziliśmy Bieszczady. Na 3 dni zatrzymaliśmy się na jednym z pól namiotowych w Ustrzykach Dolnych (po ostatnich, ubiegłorocznych przygodach mieliśmy dosyć nocowania „na dziko” – no przynajmniej na pewien czas). Na pierwszy ogień trafiły Rawki (Mała Rawka: 1272 m n.p.m. i Wielka Rawka: 1307 m n.p.m.) – taka nasza mała rozgrzewka na początek. Dalej, w grafiku, na swoją kolej czekały kultowe połoniny: Caryńska i Wetlińska, ale przede wszystkim Tarnica – najwyższy szczyt Bieszczadów. Na pogodę nie mogliśmy narzekać – tym razem dopisała. Pamiętam, jak pięknie świeciło wtedy słońce, przypomina mi się też, że było bardzo ciepło i, co najważniejsze, nie padało – było sucho, żadnej, nawet najmniejszej, kropli deszczu – zestaw wprost idealny na długi weekend. Tak a propos – do „zjawiska” (bo chyba możemy już tutaj mówić o istnieniu takowego „zjawiska”) długich weekendów w górach chciałbym kiedyś wrócić i być może nawet napisać na ten temat osobny tekst. Uwierzcie mi na słowo, jest o czym – bo kilka długich weekendów spędziłem w górach jako turysta ale również jako pracownik schroniska. Od wielu lat długie weekendy to czas kiedy w góry nie zaglądam.

Rzucić wszystko i …

Aby jak najmocniej poczuć klimat Bieszczadów, wybierając wariant szlaku na Tarnicę, zdecydowaliśmy się podchodzić przez Rozsypaniec (bardzo malownicza, ale również popularna trasa). Swoim zdobywcom góra szczodrze rekompensuje jakiekolwiek trudy wędrówki na jej wierzchołek – widoki, zarówno na polską, jak i ukraińską część Bieszczadów, aż po Gorgany, są naprawdę bardzo ładne i nie wiem, jak to się dokładnie dzieje, ale szybko wywołują w człowieku uczucie spokoju i wewnętrznej równowagi („rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady” – nie bez powodu ktoś kiedyś użył tego wyrażenia i tak dobrze się ono przyjęło… ;-)). Inne popularne miejsca startu to Ustrzyki Górne i przejście Granią Szerokiego Wierchu oraz miejscowość Wołosate. Szczyt wznosi się na krańcu pasma połonin, w strefie tzw. gniazda Tarnicy i Halicza i jest nader rozległy. Jego główną część tworzą punkt punkt geodezyjny i znajdujący się w niedalekiej odległości, znamienny dla wielu wierzchołków w Polsce, krzyż. Ten na Tarnicy upamiętnia pobyt ks. Karola Wojtyły – tabliczka wskazuje na datę 5 lipca 1953 roku.

Smak wody

Szczerze mówiąc, nie pamiętam, by jakieś konkretne wydarzenie w drodze na szczyt zmąciło nasz, zaczerpnięty od gór, wewnętrzny spokój. Wędrowaliśmy sobie powoli (mimo że Bieszczady uchodzą za góry łatwe, niewymagające, to nie dajcie się zwieść pozorom – potrafią solidnie dać w kość, a wędrując po tamtejszych szlakach, można się naprawdę spocić) i beztrosko (jeśli chodzi o stan umysłu oczywiście – kwestie cielesne objaśnił już wystarczająco poprzedni akapit), upajając się pięknem urokliwych widoków. Chociaż jednak nie, nie do końca było tak cudownie „nudno” i „monotonnie”. W tym momencie przypomniało mi się, że przy przełęczy pod szczytem zdjęliśmy buty, zawiesiliśmy je na szyjach i tak paradowaliśmy aż do samego wierzchołka – uwierzycie? Szczyt zdobyliśmy na bosaka… To była taka nasza forma protestu przeciwko wysokim cenom butów trekkingowych – jak ja bym chciał płacić teraz tyle samo za buty co wtedy :-). Hmmm… Ciekawe, czy ktoś się domyślił, o co walczymy. 😉 W „gumisiowym notatniku „ pod relacją z Bieszczad zapisałem wtedy jedno zdanie:am, „Woda… jej smak po wysiłku… słodki i niepowtarzalny. Autor nieznany. 😉 dobra puenta każdej udanej podróży lub dobrego treningu.

Ten najwyższy – Rysy – najwyższy szczyt Polski

Lipiec 2002, Rysy (2503 m n.p.m.). Jak co roku, nowosądecki oddział PTT (Polskie Towarzystwo Tatrzańskie), którego, tak na marginesie, byłem wtedy członkiem, organizował wyjazd w Tatry (PTT aranżowało takie wypady w różne górki praktycznie co tydzień i czasami korzystałem z możliwości stosunkowo taniego wędrowania z przewodnikami po Beskidach albo Tatrach). Co prawda wtedy wycieczka była na Koprowy Wierch, ale to całkiem niedaleko Rysów. Nadarzyła się wtedy doskonała dla mnie okazja do zdobycia najwyższego szczytu Polski – to oczywiste, że nie chciałem jej zmarnować. 😉

Niepamięć

I w tym miejscu możecie się nieco zdziwić – bo mimo że to Rysy, najwyższa góra w naszym kraju, i dla niektórych na pewno najpiękniejsza, a już bez wątpienia najbardziej wymagająca technicznie, to… Uwaga, uwaga… Niezbyt dobrze pamiętam tę wspinaczkę na szczyt… 🙂 Wiem, że podchodziłem od słowackiej strony w towarzystwie Tomka, Maćka (zaprzyjaźnionego przewodnika PTT) i jego rodzinki, kilka fotek na szczycie i w zasadzie to tyle co pamietam, no i dożo ludzi, w zasadzie tłumy. Sam nie wiem, dlaczego szczegóły z tego akurat wyjazdu w jakiś dziwny sposób wyparowały mi z głowy. Pozostały zaledwie mgliste fragmenty wspomnień i jedna jedyna dobrze zapamiętana część tamtego konkretnego wypadu, a mianowicie – droga powrotna do domu. A to już całkiem ciekawa historia i za chwilę z przyjemnością Wam ją opowiem. Jeżeli natomiast chodzi o sam szczyt, to pamiętajcie tylko o jednym – Rysy to góra, którą każdy odbierze trochę inaczej. Dla jednych będzie celem łatwym do zdobycia, a droga ku niemu wyda się nader prosta, zwłaszcza, gdy zestawią go obok szlaków bardziej wymagających (to ci bardziej doświadczeni). Dla innych Rysy mogą być najtrudniejszą trasą jaką dotąd przeszli – każdy ma swoja górę i swoje zwycięstwo! Biorąc pod uwagę powyższe, warto zastanowić się, czy właśnie ta góra jest dobrym pomysłem na tzw. „pierwszy ogień”. Moim zdaniem zdecydowanie nie, ale ostateczna decyzja jak zwykle należy do Was. Jedno jest pewne – do tego wejścia trzeba się dobrze przygotować.

Niedopatrzenie przez zapatrzenie i romantyczna noc pod gwiazdami

Obiecana historia. Gdy już schodziliśmy ze szczytu i zaczęliśmy kierować się w stronę autokaru, dosłownie na chwilę, na kilka minut, oddzieliłem się od reszty naszej kameralnej grupy. Chciałem być miły i pomóc dziewczynie, która podrapała się podczas treku. Opatrzyłem jej ranę, przykleiłem jakiś plaster lub przynajmniej coś plastropodobnego, co było akurat pod ręką i w całym tym zamieszaniu pomyliłem miejsca zbiórki – zamiast do Strbskiego Plesa, wróciłem do Popradskiego, skąd wyruszaliśmy. Nie wiem, jak to się stało – czy to ta nieznajoma dziewczyna zrobiła na mnie takie wrażenie, czy po prostu moje gapiostwo (a może jedno i drugie), w każdym razie skończyło się to tak, że nie zdążyłem na autokar.

Niewiele myśląc za resztę pieniędzy, które mi zostały, kupiłem kartę telefoniczną (taką do budki), zadzwoniłem do domu i oznajmiłem, że jest tak pięknie, że zostajemy do poniedziałku (była niedziela) – to były te czasy kiedy nie miałem jeszcze telefonu komórkowego. Wiecie, należy dbać o spokój rodziny, no i o swój jednocześnie. Następnie tradycyjnie marsz na drogę, kciuk w górę i kierunek Polska. Niestety trochę późno rozpocząłem, bo ok. 20, więc dość szybko zrobiło się ciemno. A autostop w nocy to słaby pomysł… Jednak jeszcze przed 23 opuściłem terytorium Słowacji, a około północy byłem już gdzieś w okolicach Nowego Targu. Przy drodze do Nowego Sącza, w krzakach, przykryty kurtką i z plecakiem pod głową, spędziłem romantyczną noc pod gwiazdami. ;-D Obudziły mnie pierwsze promienie letniego słońca (swoją drogą bardzo sympatyczna pobudka), przeciągnąłem się, strzepnąłem rosę z ubrań i byłem gotów, by ruszyć dalej. Poszło jak z płatka – już przed 9 rano byłem w domu, w Łabowej…

Tyle na dzisiaj. Do przeczytania za chwilę. Cześć!

podobne wpisy

Dodaj komentarz