Home MOJE WYPIĘTRZONE MARZENIAALPY ALBAŃSKIE - GÓRY DYNARSKIE Zla Kolata – najwyższy szczyt Czarnogóry. #1

Zla Kolata – najwyższy szczyt Czarnogóry. #1

dodał damian
0 komentarz

Czarnogóra była i jest nadal jedną z ulubionych urlopowych destynacji. Lubię Czarnogórę na przełomie września i października. Morze nadal jest ciepłe a na plażach Ulcinja spotykam więcej krów niż innych plażowiczów. Zostawmy jednak plaże bo o najwyższym szczycie Czarnogóry – czyli Złej Kolacie w Górach Przeklętych chcę opowiedzieć.

Zla Kolata – Najwyższy szczyt Czarnogóry

Zla Kolata nie jest liście żadnej z moich koron ale ze względu na sympatię do Czarnogóry, chciałem wejść na najwyższy szczyt Montenegro. Zaplanowaliśmy zrobić przerwę od plażowania i na 2 noce wyskoczyć do miejscowości Vusanje. Wioska co prawda leży po stronie czarnogórskiej, jednak przy co drugim domu powiewa albańska czerwona flaga z dwugłowym orłem pośrodku. Ta część Czarnogóry, ni jak nie przypomina części nadmorskiej. Gdy byliśmy tam w 2017 roku baza noclegowa nie była powalająca – w zasadzie noclegi oferował tylko jeden kemping, na którym zresztą się zatrzymaliśmy.

Wybraliśmy bungalow, trochę mnie poniosło z tym bungalowem – drewniany domek, taki ni jaki, w sumie brzydki ale to tylko baza noclegowa nic poza tym. Przyjechaliśmy późnym popołudniem, bo z wybrzeża w góry wybraliśmy przejazd przez świeżo oddaną drogę SH20 przez Góry Przeklęte – jedna z tych piękniejszych tras samochodowych, którą warto zobaczyć.

W samym Vusanje nie było wtedy żadnej knajpy, na szczęście pobliskie Gusanje jest sporo większe i tam poza kilkoma sklepami są też miejsca gdzie można coś zjeść. Problemem było znalezienie czegoś obiadowego bez mięsa, ostatecznie się udało. Nie mniej można było odczuć że jesteśmy obiektem zainteresowania. Jak powiedział jeden z lokalsów, góry nie są zbyt popularne tym bardziej wśród obcokrajowców. Będąc jeszcze kilka razy w Górach Przeklętych odniosłem wrażenie że nie są aż tak dziewicze i można spotkać zagranicznego turystę. Oczywiście z perspektywy naszych Tatr czy Beskidów te góry są praktycznie bezludne.

Z racji ogólnego zmęczenia, szybko położyliśmy się spać – następnego dnia w planach wczesny wymarsz.

W nocy kilka razy wybudził mnie ziąb, wiatr hulający za oknem i intensywne opady. Nie mniej starałem się nie wybudzać za bardzo i uparcie spać do rana.

Ranek rześki, nadzwyczaj rześki. Nie ma prądu to i nie ma gorącej herbaty do termosu. Zebrałem się szybko i dość sprawnie by otwierając drzwi naszego przybytku odkryć że hulający w nocy wiatr i ziąb to nic w porównaniu z kilkunastoma centymetrami świeżego mokrego śniegu. Byłem zaskoczony a w zasadzie zszokowany. Śnieg wciąż padał, chmury wisiały nisko, widoczność tragiczna.

Śnieg z deszczem, deszcz ze śniegiem

Śnieg lepszy niż deszcz, dziarsko ruszam za znakami w górę wioski. Przy starym meczecie doganiam ekipę Niemców z domków obok, zastanawiają się co robić. W planach mają Maje Jezerce, 2 osoby jednak zawracają. Ja idę w kierunku Złej Kolaty, pozostali Niemcy w kierunku Jezerce.

Śniegu nie ma dużo, jednak jest mokry i ciężki. Wiele drzew, których liście zaczęły się dopiero przebarwiać nie wytrzymało ciężaru mokrego śniegu i ścieżka usłana jest połamanymi gałęziami i całymi powalonymi drzewami. Obchodzenie powalonych drzew znacząco mnie spowalnia, kilka razy gubię drogę. Im wyżej śniegu coraz więcej i więcej. Idę w górę, coraz mniej wierząc w sukces.

Zima przyszła wyjątkowo wcześnie w Góry Przeklęte

Po około 2 godzinach wyjścia wpada na mnie stado owiec gnane przez miejscowych, zwierzęta i sami pasterze są mocno zdziwieni moim widokiem. Staram się zagadać, jak jest wyżej, czy na Złą Kolate to dobra droga. Na hasło Zła Kolata pokazują tak dużo, że w sumie nie wiem o co chodzi. Idę dalej, plusem jest wydeptana ścieżka przez schodzące stado owiec. Mgła, uginające się od ciężaru śniegu gałęzie nadają drodze dość upiornego klimatu. Wychodząc jednak na otwarte przestrzenie polan szybko marzę o powrocie do upiornej ciszy lasu.

Po prawie 5 godzinach dochodzę do dużego wypłaszczenia, w zasadzie ogromnego pola w całości przykrytego świeżym śniegiem. Wygodną ścieżkę wydeptaną przez owce już dawno zostawiłem za sobą, teraz brnę w śniegu do kolan. Kilkukrotnie wpadam z jakieś chaszcze przykryte świeżym śniegiem. Po 6 godzinach, na które umówiłem się sam z sobą zaczynam przyjmować do wiadomości że o Złej Kolacie dzisiaj mogę tylko pomarzyć. Czarę goryczy przelewa nieudana próba ataku na jakąś górę, którą wziąłem za element drogi na Złą Kolatę. Widniały na kamiennej ścianie albańskie napisy, które przypominały drogowskaz, prowadzące na mój dzisiejszy cel – w końcu wszystkie drogi prowadzą na Złą Kolatę.

Czasami trzeba zawrócić z drogi na szczyt

Niepocieszony i naprawdę zmęczony ostatecznie podejmuję decyzje o odwrocie. Powinno być szybciej bo w dół i po śladach. Po kilkunastu minutach od odwrotu zgubiłem swoje ślady i szczęśliwie dotarłem do prawdziwego drogowskazu, gdzie dobitnie przekonałem się że na Zła Kolatę w tych warunkach nie mam dzisiaj szans. Miejsce o którym piszę to Ćafa Borit. Do wsi mam 6 kilometrów, powinno mi to zająć ponad 2 godziny. Wcześniej obszedłem łukiem polanę, dlatego nie trafiłem na drogowskaz zakładając że być może jest tu gdzieś woda (staw) i nie chciałem uskutecznić kąpieli. Wody nie było ale za to sporo zasypanych niskich krzewów i bardziej niebezpiecznych szczelin w rozrzuconych formacjach skalnych. Kilka razy wpadam w szczeliny i przysypane krzaki, szczęśliwie wszystkie skończyły się tylko siniakami, otarciami i zestawem inwektyw.

Śniegu wciąż przybywa – nie poznaję drogi którą podchodziłem kilka godzin temu. Im niżej tym śniegu pada mniej, za to staje się bardzo mokry. Woda chlupie w butach w najlepsze. W końcu dochodzę do skraju lasu, mgła się podniosła. Widzę pierwsze domy, psy mało przyjaźnie informują że wyszło coś z lasu (to o mnie).

Uprowadzona (Taken) 😁

Do naszego campingu dochodzę, przemoczony od śniegu i potu. Jestem zaskoczony gdy okazuje się że w naszej bungalowie nie ma Agnieszki, do tego jest zamknięty. Samochód stoi, tylko że ja nie mam kluczyków. Szczęśliwie nim rozkręcił się w mojej głowie film o porwaniu, przybiegł ktoś z rodziny mówiąc ze „lady” jest w domu. Nakręcony adrenaliną idę za posłańcem do domu, tam pobojowisko na całego 😁 Niemcy wrócili chwilę przede mną, nie będzie zaskoczeniem gdy napiszę że sukces podobny jak u mnie: wrócili wszyscy cali i zdrowi. Na piętrze wszędzie walają się buty, kurtki, spodnie – wszystko mokre i śmierdzące. Ta mieszanka potu i wilgoci jedyna w swoim rodzaju – pytają z nadzieją na moja odmowę czy nie chce się ogrzać przy piecu, który szczelnie oblepili swoimi ciałami.

Podziękowałem, chcąc zobaczyć jak Aga poradziła sobie z tą całą sytuacją. Niemcy wydawali się bardzo być radzi z mojej decyzji.

Na końcu korytarza odnajduje Agnieszką pod warstwą koców z książką w ręce i pytaniem co robimy? Czy wracam jutro w góry, czy tu zostajemy? Zaciągnąłem dzisiaj spory dług w swoim organizmie, nie ma mowy abym się zregenerował do jutra. Okazuje się że nie ma ciepłej wody, w domu jest tylko trochę cieplej. Prądu nie ma i nie ma perspektywy jego szybkiego powrotu. Łamiące się gałęzie w wielu miejscach uszkodziły linie energetyczne. Zrzucam ubrania, lodowaty prysznic ograniczyłem do miejsc strategicznych. Po przebraniu się w świeże ubrania, świat wygląda ciut lepiej.

Postanawiamy wrócić na wybrzeże, musimy tylko odnaleźć właściciela naszego kampingu, co okazuje się być połączone z krótką gościną na albańskim weselu…Ostatecznie wyjeżdżamy późnym popołudniem, nie przypuszczając że droga powrotna będzie wyzwaniem nie mniejszym niż moje przedpołudniowe łażenie po Górach Przeklętych.

podobne wpisy

Dodaj komentarz